StartWszystkie wpisyPorady językoweSłowo się rzekło, kobyłka (kobyła) u płota (u płotu)

Mówimy tak, kiedy dajemy do zrozumienia, że trzeba dotrzymywać raz danej obietnicy…

– Zastanawiałam się ostatnio, skąd się wzięło powiedzenie „Słowo się rzekło, kobyłka u płota”. Dlaczego akurat „kobyłka”, a nie np. „koza”, i czemu „u płota”, a nie np. „na łące”? Czy istnieje jakieś wytłumaczenie? – pyta (r******5@wp.pl).

Zacznijmy od tego, że znana jest nieco inna wersja przywołanego przysłowia: z formą u płotu oraz z wyrazem kobyła: Słowo się rzekło, kobyła u płotu. Dzieje się tak dlatego, że rzeczownik płot miał kiedyś oboczną postać dopełniaczową płotu albo płota, co odnotowywał np. Słownik języka polskiego (tzw. słownik warszawski) z 1908 r. (t. IV, s. 264). Pamiętają Państwo, jak w filmie „Nie ma mocnych” Pawlak zachęca sąsiada, mówiąc: Kargul! Podejdź no do płota, jako i ja podchodzę! 

Dziś słowniki podają, że należy mówić i pisać: płot, płotu (np. Przywiązać konia do płotu albo u płotu), a użycie formy płota możliwe jest tylko w przysłowiu Słowo się rzekło, kobyłka u płota (proszę sprawdzić w Wielkim słowniku poprawnej polszczyzny PWN, Warszawa 2004, s. 779). Z kolei o tym, że może być i kobyła, i kobyłka, informuje 11-tomowy Słownik języka polskiego PWN (z lat 1958-1969, t. III, s. 776).

Spytajmy raz jeszcze za czytelniczką, dlaczego w owym powiedzeniu chodzi o kobyłkę, a nie np. kozę, i czemu u płota, a nie np. na łące. Okazuje się, że znajdzie się na to odpowiedź…

Przed stuleciami, chcąc dotrzymać danego słowa, honorowo pozbywano się (choć często z żalem) właśnie konia czy kobyły i przywiązywano je do płotu. Tam czekały one na nowego właściciela. Owe zwierzęta nieraz bywały przedmiotem zakładu, o czym świadczy chociażby powiedzenie Dam albo stawiam konia z rzędem temu, kto coś zrobi (rząd to dawna ‘ozdobna uprząż konia przeznaczonego do jazdy’).

Powiedzenie Słowo się rzekło kobyłka (kobyła) u płota (u płotu) dotyczy pewnej historii opisanej w facecji (inaczej: krótkim utworze epickim) o królu Janie III Sobieskim w XVII w. przez Wacława Potockiego w wierszu „Mazur z kobyłą” w zbiorze „Lovialitates albo żarty i fraszki rozmaite”. Było tak (powołuję się na Legendy i podania polskie Mariana Orłonia i Jana Tyszkiewicza, Wydawnictwo PTTK „Kraj”, Warszawa 1986, s. 72-73):

Jakub Zaleski, szlachcic spod Łukowa, po śmierci brata postanowił ubiegać się o urząd wójta. W tym celu udał się konno do stolicy, żeby prośbę osobiście królowi przedstawić. Po drodze imć Zaleski zatrzymał się w zajeździe, by się nieco posilić i wypocząć przed dalszą podróżą. W karczmie było gwarno, gdyż ważny jegomość z dworem wstąpił tam, wracając z polowania. Szlachcic Jakub usiadł przy stoliku obok nieznajomych, zamówił garniec miodu, a kiedy mu się humor poprawił, począł się chełpić, że do samego króla jedzie, żeby wójtostwo dla siebie wyprosić. 

– Nie opuszczę królewskich progów, zanim godności jakiejś znaczniejszej dla siebie nie zyskam – zapalał się, w miarę jak miód coraz bardziej szumiał mu w głowie. – Nie po to tyle wiorst przemierzam, by z pustymi rękami do Łukowa wracać. 

Pan, świtą liczną otoczony, wysłuchał owych słów, wąsa sumiastego podkręcając, a potem rzekł: 

– Co innego prośby wysłuchać, a co innego ją spełnić. Nawet król wszystkich próśb spełnić nie może. Jeśli dwóch o ten sam urząd zabiega, jednemu musi odmówić. Co zatem, waszmość, uczynisz, gdy król ci urzędu nie da? 

– Co? – zerwał się znad garnca z miodem imć Jakub Zaleski. – Niech wówczas moją kobyłkę w ogon pocałuje. Niech choć ona zaszczytu dostąpi, jeślim urzędu niegodzien. Gdy król jegomość pozwoli, to ją przed sam tron przyprowadzę – oświadczył chełpliwy szlachcic, budząc ogólną wesołość zebranych. 

Kiedy za kilka dni Jakub Zaleski stanął przed królewskim majestatem, zaniemówił: oto miał przed sobą owego wielmożę z zajazdu, przed którym się chełpił, że wójtostwo otrzymać musi, a jeśli król mu łaski odmówi, wtedy ma jego kobyłkę w ogon pocałować. 

Jan III Sobieski natychmiast poznał pana Jakuba: – Prośby swojej nie musisz mi, waszmość, przedstawiać, boć już o niej w zajeździe mówiłeś. Tylko co będzie, jeśli jej nie spełnię? 

– „Raz kozie śmierć!” – pomyślał szlachcic spod Łukowa. Otrząsnął się z lęku, a dojrzawszy w królewskich oczach wesołe ogniki, wypalił: – Słowo się rzekło, Wasza Królewska Mość. Kobyłka u płota. 

Król zaś odparł: 

– Jeśli ktoś nie zapiera się swoich słów, choć mogłoby go to nawet na królewski gniew narazić, nie sprzeniewierzy się też słowu, że swoje obowiązki godnie pełnić będzie. Zostaniesz wójtem! 

W ten oto sposób szlachcic spod Łukowa został wójtem, a jego powiedzenie Słowo się rzekło, kobyłka (kobyła) u płota (płotu) przeszło do historii, nabierając po drodze znaczenia przenośnego. Dziś mówimy tak, kiedy dajemy do zrozumienia, że po prostu należy dotrzymywać raz danej obietnicy…

MACIEJ MALINOWSKI

 

Przewiń do góry