Słowo to stało się niestety wyrazem wytrychem, po który sięga się przy każdej okazji. I dodatkowo źle się je wymawia…

– Co sądzić o ekspansji słowa „event” w środowisku marketingowców? Dla nich wszystko, co organizują, np. zwykły pokaz produktów, koncert plenerowy dla mieszkańców, przyjazd ważnej osoby do małego miasteczka, spotkanie biznesowe, wieczorek kawalerski czy panieński, jest „eventem”. Szczególnie w języku korporacyjnym na dobre zagościł wyraz „event”. Tam często organizuje się szkolenia, konferencje wyjazdowe „połączone z imprezą firmową i innymi eventami” (e-mail od internauty; dane do wiadomości mojej i redakcji).

Jest to zapożyczenie z języka angielskiego, obecne w polszczyźnie stosunkowo od niedawna (dopiero od 2000 r.). Zaczęło być używane w znaczeniu ‘wydarzenie, impreza’ (w angielszczyźnie event znaczy także ‘przypadek, zdarzenie, zaszłość’).

Słowa tego nie znajdziemy na razie w słownikach. W języku środowiskowym eventem nazywa się ‘spotkanie, imprezę wpisaną w kampanię public relations mającą służyć realizacji celów założonych przez organizację celów zewnętrznych i wewnętrznych’.

Krótkie, chwytliwe pojęcie, proste w zapisie (choć z literą v) i – zdawałoby się – w artykulacji, od razu przypadło dużej części użytkowników polszczyzny do gustu. Event zagościł w idiolekcie osób zatrudnionych w portalach internetowych i w działach marketingu, reklamy i public relations korporacji.

Pojawiły się – jakżeby inaczej – agencje eventowe oferujące pracę na stanowisku tzw. event managerów, czyli specjalistów odpowiedzialnych za organizację rozmaitych wydarzeń biznesowych, politycznych, kulturalnych, osobników nazywanych potocznie eventowcami.

Praca w branży eventowej, gdzie czekają nieraz duże pieniądze, stała się niezwykle kusząca dla młodych i kreatywnych ludzi. Niestety, wcale nie należy ona do najłatwiejszych.

Event manager musi mieć łeb na karku, tzn. znać się na zarządzaniu, umieć wymyślić scenariusz imprezy, jego oprawę scenograficzną, zakontraktować udział osób, które wystąpią w roli gwiazdy wieczoru i poprowadzą wydarzenie w charakterze konferansjera, a niekiedy nawiązać też kontakt z mediami.

W tym, że określenie event weszło do naszego języka, nie byłoby niczego nadzwyczajnego (do polszczyzny wciąż przenikają przecież nowe zapożyczenia), gdyby nie to, że bywa nieznośnie nadużywane kosztem rodzimych odpowiedników (wydarzenie, impreza, specjalna okoliczność, okazja).

Po angielsku mówi się np.

You should come to this concert – it’s a big event!

lub

This exhibition will be an event of the year,

ale po polsku należy powiedzieć czy napisać:

Powinieneś przyjść na ten koncertto duże wydarzenie!

oraz

Ta wystawa będzie wydarzeniem roku.

Dobrze, skoro już ów event zagościł w polszczyźnie, to niech w niej funkcjonuje, ale jako synonim, a nie wyraz wytrych, po który sięga się przy każdej okazji.

I jeszcze jedna uwaga…

Prawie nagminnie spotyka się wymowę słowa event jako [iwent] z przyciskiem na początkowe i. Tymczasem, jak twierdzi George Sliwa w poradniku Angielski bez błędów. Jakie błędy popełniają Polacy i jak ich unikać (Kraków 2001, s. 233), należy mówić [ywent] (z akcentem na [went]).

Dlaczego? Wynika to z wymowy oryginalnej wyrazu event, zapisywanej jako [ɪ’vɛnt], tzn. z kreseczką po [ɪ]. Oznacza to tyle, że nie chodzi o długi, inicjalny dźwięk [ij] jak np. w słowie even [‚i:ven] (‘nawet’), ale o krótkie [y]. Niekiedy brzmi ono prawie jak [e]…

Niestety, boję się, że błędnej artykulacji [iwent] (z akcentem na i) nie da się już z języka dużej grupy rodaków wyeliminować. Podobnie nie ma sensu upieranie się przy akcencie oksytonicznym słowa event – [ywent].

MACIEJ  MALINOWSKI

1 komentarz

  1. Kompletnie absurdalny wydaje mi się Pana postulat, by event wypowiadać zgodnie z regułami wymowy angielskiej. Już nawet nie chce mi się zastanawiać nad tym, ile trudności musiałoby nastręczyć staranne wypowiadanie tego słowa z akcentem na drugą sylabę i odpowiednią wymową pierwszych głosek w mianowniku l. poj., gdy chwilę później wypowiedzi wciąż zajmowano by się eventami i mówiono o eventach. Kiedy jakieś słowo w przytupem wchodzi do polszczyzny, to dziwnie jest narzucać jego użytkownikom jakieś wydumane reguły poprawnościowe, które nijak nie mają się do zwyczajów budowania wypowiedzi w naszym rodzimym języku.

    Proszę zwrócić uwagę na fakt, że manierycznie poprawnościowe (w kontekście języka bazowego) wypowiadanie rozmaitych, nieźle integrujących się w polszczyźnie, naleciałości z języka angielskiego po prostu nie jest w dobrym tonie. Ktoś kto tak czyni, najczęściej brzmi po prostu śmiesznie lub pretensjonalnie.

    W najlepszym razie, można go potraktować jako długoletniego mieszkańca anglojęzycznego kraju, bo ci właśnie mają najczęściej spore problemy z przekazaniem po polsku jakiejś mocno zakorzenionej kolokacji. Bywa więc, że wtrącają w pełni angielskie wyrażenie albo silą się na opisowe tłumaczenie na polski, nie wiedząc, że angielskie wyrażenie już się zaadaptowało. Kiedy orientują się, że tak jest, zwykle w dalszym ciągu nie wiedzą jak je stosować, odmieniać czy właśnie akcentować tak, by brzmiało to naturalnie.

    Nie twierdzę bynajmniej, że popieram zachwaszczanie polszczyzny wypowiedziami na zasadzie: „Z tym kejsem to tylko na mitingu, bo wtedy będzie jasny cały kontent. No chyba, że zagadasz dyskretnie na pierwszym kofibrejku po lanczu, bo z wendorami już będzie dogadane i będą zarysy targetów”. Chodzi o to, że kiedy już ktoś na bieżąco komunikuje się takim językiem, próby jego upoprawnienia są bez sensu. A moim zdaniem, z dwojga złego, lepiej kiedy te sformułowania są z marszu przegwałcane na polski, niż gdyby ktoś manierycznie akcentował je z angielska.

Komentowanie jest niedostępne.

Przewiń do góry