Nic tak nie dodaje wypowiedzi publicznej smaczku, jak włączenie do niej przez autora określenia książkowego, rzadko używanego

– W „Śniadaniu Rymanowskiego” z 17 bm. w  Polsacie ze zdziwieniem zobaczyłam wśród zaproszonych polityków byłego ministra Przemysława Czarnka. Pomyślałam, że będzie gorąco. Tymczasem gdy prowadzący poprosił zebranych o skomentowanie filmu premiera Donalda Tuska w internecie i kartkę z napisem „Dziadek” otrzymaną od najmłodszego wnuczka, Czarnek ku zaskoczeniu wszystkich powiedział: „Bardzo sympatyczny filmik. Gratuluję takiego wnuka i bycia takim dziadkiem. […] Nie jestem jeszcze dziadkiem, ale mówiąc językiem prawnym, mam ekspektatywę, że zostanę dziadkiem”. Chodzi mi o słowo „ekspektatywa”. Pierwszy raz się z nim zetknęłam (e-mail od internautki).

Nic tak nie dodaje wypowiedzi publicznej smaczku, jak włączenie do niej przez autora określenia książkowego, rzadko używanego, wyciągniętego z czeluści polszczyzny.  Odbiorcy czują się wówczas mało komfortowo, gdyż o czymś takim albo w ogóle nie słyszeli, albo słyszeli, ale nie umieją sobie ot tak, na poczekaniu przypomnieć, co taki wyraz znaczy.

Wprawdzie eksminister, sięgając po zwrot mam ekspektatywę, zaznaczył, że odwołuje się do terminologii charakterystycznej dla języka prawnego, w którym termin ekspektatywa jest współcześnie obecny, ale nie podał kontekstów jego użycia.

Wspomniał jedynie o tym, że ekspektatywa to inaczej ‘nadzieja, oczekiwanie na coś’. A zatem owo mam ekspektatywę, że zostanę dziadkiem miało znaczyć tyle, co mam nadzieję, że zostanę dziadkiem.

Później zwrócił się jeszcze do przewodniczącej Nowoczesnej, nowej sekretarz stanu w Ministerstwie Edukacji Katarzyny Lubnauer  słowami: – Nie chciałaby pani być kiedyś babcią? Ta odparła, że sama nie czeka na to, by zostać babcią, a decyzję o tym pozostawia córce.

Czarnek przywołał słowo ekspektatywa w znaczeniu niewystępującym dzisiaj w polszczyźnie ogólnej, słowniki w ogóle takiego hasła nie odnotowują. Nie było zatem chyba powodu, żeby w zwykłej wypowiedzi użyć tego zapomnianego słowa (zresztą niełatwego do wymówienia).

Czyżby chodziło wyłącznie o zrobienie wrażenia na osobach zasiadających w studiu Polsatu i widzach oglądających „Śniadanie Rymanowskiego” („znam taki wyraz, podziwiajcie mnie”)?

Na ekspektatywę natrafiamy w Słowniku języka polskiego PAN pod redakcją Witolda Doroszewskiego (Warszawa 1960, t. II, s. 677-678). Widnieje tam kwalifikator: dawniej ‘oczekiwanie, nadzieja, perspektywa na coś’. Ciekawe są przykłady użycia:

Pan zięć w ekspektatywie porwał się z kanapy na widok wujaszka […]; Egzemplarze atlasu przyniosły dotąd 5500, a w ekspektatywie dwa tysiące kilkaset z wydania tekstu, czyli tomów.

Późniejsze słowniki ogólne języka polskiego już o ekspektatywie w takiej definicji nie wspominają.

Mówi się za to o ekspektatywie (łac. expectativa ‘oczekiwanie), rzadziej ekspektacji (łac. expectatio ‘czekanie, ‘oczekiwanie’) w Słowniku wyrazów obcych PWN (Warszawa 1980, s. 178) oraz w Słowniku wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych z almanachem „Świata Książki” (Warszawa 1999, s. 145).

W średniowieczu było to 1. ‘prawo do dóbr, godności i dochodów, których rzeczywiste objęcie miało nastąpić w przyszłości’, a w dawnej Polsce, do 1717 roku: 2. ‘list królewski przyrzekający adresatowi nadanie wakujących posad i godności’.

Współcześnie omawianym słowem operuje się w prawie cywilnym. Ekspektatywa jest tam tym samym, co ‘wierzytelność przyszła’, np. kiedy planujemy zakup mieszkania, które nie zostało jeszcze wyodrębnione. Mówi się wówczas o ekspektatywie własności.

Może być również ekspektatywa spółdzielczego własnościowego prawa do lokalu, jeśli ktoś ma udziały w spółdzielni mieszkaniowej zarządzającej daną nieruchomością.

MACIEJ  MALINOWSKI

Skomentuj

Scroll to Top