Mówiłoby się tak, gdyby istniało w polszczyźnie słowo (to) dworze)

– Okres po świętach Bożego Narodzenia do Nowego Roku spędziłam w Bukowinie Tatrzańskiej, gdzie w jednym ośrodku wczasowym przebywali ludzie z całej Polski i zagranicy. I tam wiele razy zetknęłam się z powiedzeniem „być na dworzu”, „wrócić z dworza”. Używali go młodzi, ale także osoby starsze. Z tego, co wiem, mówi się „być na dworze” (przebywać na świeżym powietrzu) i „wrócić z dworu” (np. z parku do domu). Z czego się bierze ten błąd? Czy wyłącznie z niestaranności językowej (e-mail nadesłany przez internautkę).

Jeśli ktoś posługuje się na co dzień wyrażeniem na dworzu, z dworza zamiast na dworze, z dworu, kiedy chodzi o znaczenie ‘przestrzeń otaczająca dom, miejsce pod gołym niebem’, to z pewnością mieszka w Warszawie lub na Mazowszu. Tam słyszy się to bardzo często.

Wychodzi się z błędnego, niestety, założenia, że należy w tym wypadku zróżnicować fleksyjnie formę miejscownika i dopełniacza słowa dwór, czyli powiedzieć byłem na dworzu, wracam z dworza, gdyż w przeciwnym razie, tzn. gdy się powie na dworze, z dworu, będzie chodziło o inny sens wyrazu dwór, czyli ‘obszerny dom w posiadłości ziemskiej bądź majątek ziemski, folwark’.

Obawy o uniknięcie homonimii fleksyjnej szóstego i drugiego przypadka wieloznacznego rzeczownika dwór są tutaj aż nadto widoczne.

Żeby pod względem normatywnym uznać określenia na dworzu, z dworza za poprawne w odmianie wzorcowej polszczyzny (lub chociażby za dopuszczalne jako regionalizm mazowiecki), musiałoby wśród haseł słownikowych występować (to) dworze, twór gramatyczny rodzaju nijakiego (tak jak np. morze, podtorze, przestworze). Nigdzie jednak – ani w dawnych, ani w nowych słownikach – (tego) dworza jako neutrum nie znajdziemy.

Wspomina się o nim jedynie w Słowniku języka polskiego (tzw. warszawskim) Jana Karłowicza, Adama Kryńskiego i Władysława Niedźwiedzkiego sprzed 122 lat (Warszawa 1900, t. I, s. 596), jednak wyłącznie jako formie gwarowej (dworze, -a; lm. -a) występującej w wyrażeniu na dworzu = na dworze, na podwórzu (ujęte to zostało w nawias kwadratowy, co oznaczało ‘wyraz gwarowy’, i dano na początku gwiazdkę ‘domniemana postać wyrazu’).

Stało się tak dlatego, że użył jej poeta romantyczny Teofil Lenartowicz (zmarł w 1833 r.): Cóż tam na dworzu?, co zostało w leksykonie odnotowane jako cytat.

O (tym) dworzu czytamy jeszcze w Słowniku ortoepicznym. Jak mówić i pisać po polsku Stanisława Szobera, Warszawa 1936, s. 73: na dworzu, lepiej: na dworze (od: dwór) z cytatem z dzieła Marii Kuncewiczowej Dwa księżyce (Wydawnictwo „Rój, Warszawa 1933): Siedzą na dworzu.

Należało z pewnością napisać: nie lepiej, lecz zamiast (poprawnego) na dworze. Leksykograf okazał się tutaj zbyt liberalny w ocenie wyrażenia na dworzu.

Od wieków mówiło się przecież i pisało na dworze: nie pod dachem, pod niebem, pod gołym niebem. Świadczy też o tym zapomniane nieco powiedzenie zła pogoda na dworze, kiedy słońce w komorze.

Łatwo się doszukać jeszcze jednego (poza dążnością do unikania homonimii fleksyjnej) powodu posługiwania się przez dużą część użytkowników polszczyzny niepoprawnymi wyrażeniami na dworzu, z dworza. Po prostu opacznie odwołują się oni do słowa (to) podwórze.

Ponieważ mówi się na podwórzu, z podwórza, niektórzy złudnie myślą, że formami poprawnymi są na dworzu, z dworza. Tylko że podwórze to słowo rodzaju nijakiego, a więc końcówki -rzu i -rza są jak najbardziej uzasadnione.

Dwór jako maskulinum odmienia się inaczej (z dworu, na dworze). Należy każdorazowo mówić i pisać wyjść na dwór (nie: na dworze), wrócić z dworu (nie: z dworza), być na dworze (nie: na dworzu).

MACIEJ  MALINOWSKI

1 komentarz

  1. W podsanockiej wsi Strachocina (tej w której urodził się jeden z patronów Polski, święty Andrzej Bobola), w czasach mojego w niej dzieciństwa, mówiło się „na dworcu” (być na dworcu, wracać z dworca), chociaż „na dwór” (iść na dwór).

    Dziś już pewno tak nie mówią, no, może najstarsze osoby.
    Już pod koniec XX wieku strachocką, „czystostrachocką” gwarą, mówili tylko potomkowie strachockich emigrantów na obczyźnie. Języka polskiego nauczyli ich rodzice i nie była to oczywiście literacka polszczyzna lecz gwara. W 1990 r. zachwyciłem się nią w wykonaniu cioci Rózi, córka brata mojego dziadka. Nie mogę sobie darować, że jej wtedy nie nagrałem. Dziś już nie żyje. W każdym razie gdybym zawodowo zajmował się polskimi gwarami to ze sprzętem nagrywającym jeździłbym nie po Polsce, ale po obczyźnie, gdzie współczesna polszczyzna literacka nie dociera.

    Ja sam, po grubo ponad 60 latach posługiwania się literacką polszczyzną, zupełnie utraciłem język mojego dzieciństwa. Tyle że nadal odróżniam w mowie „ó” od „u”. Potrafię też je wymawiać. Podobnie jak „é” (e kreskowane).
    Irytuje mnie to, że w szkołach aktorskich tego nie uczą i mickiewiczowskie „Patrzaj, oto jest kobiéta” aktorzy prostacko (tak to brzmi w moich uszach) wymawiają „Patrzaj, oto jest kobita”. Brr!

Skomentuj

Scroll to Top