Skoro chciano umiędzynarodowić pisownię„dwutlenek”, to należało raczej wprowadzić określenie „dioksyd” (od łac. dioxide). Przecież łączenie w jednym wyrazie części polskiej i obcej jest szczególnie niefortunne
„Ogłaszam alert językowy – pisze pan Z. Słupczyński z Koszalina. – Dinożne istoty z Polskiego Towarzystwa Chemicznego zaczęły ostro restrukturyzować język polski. CO2 to u nich ditlenek węgla. A my co? Śpimy? Gdzie disieczna, trikąt, pentabój, trigłowy smok wawelski…? Do boju, Mistrzu”.
Wbrew temu, co można by sądzić, kwestia poruszona przez Czytelnika wcale nie należy do tych z gatunku śmiesznych. Zapisywanie po nowemu tradycyjnych nazw chemicznych, takich jak dwutlenek węgla, trójchlorek fosforu, czterochlorek krzemu itp., wymusiła (jak wieść niesie) na polskich naukowcach Międzynarodowa Unia Chemii Czystej i Stosowanej (International Union of Pure and Applied Chemistry, w skrócie IUPAC [wym. jupak]), której chodzi o jednolicenie i uproszczenie pisowni nazw chemicznych, by we wszystkich językach niewiele się od siebie różniły. Ale to, co zrobiła komisja nazewnictwa Polskiego Towarzystwa Chemicznego, nastraja do mało radosnych refleksji. Obowiązujące dotąd przedrostki dwu-, trój-, cztero-, pięcio- itd. w rodzimych nazwach pierwiastków i związków chemicznych zostały zastąpione łacińskimi cząstkami di-, tri-, tetra-, pent(a)- itd., co w konsekwencji doprowadziło do powstania takich potworków, jak ditlenek węgla (= dwutlenek węgla), ditlenek azotu (= dwutlenek azotu), trichlorek fosforu (= trójchlorek fosforu), tetraoksosiarczan (VI) diwodoru (= kwas siarkowy). Na tym jednak nie koniec! Amoniak to teraz azan, siarkowodór to sulfan, a zwykła woda – oksydan.
Okazuje się, że przeciwko takiemu zachwaszczaniu polszczyzny protestują nie tylko zwykli użytkownicy języka, ale i sami chemicy. Na jednej ze stron internetowych pewien student nie kryje oburzenia, że w napisanej już pracy dyplomowej musiał zmieniać przedrostki dwu-, trój-, cztero- na di-, tri-, tetra-, bo tak zażyczył sobie promotor, zdziwiony tym, że przyszły magister chemii nie słyszał o decyzji PTCh. Tymczasem, choć specjaliści tej dziedziny nauki wiedzą o wprowadzonych zmianach w słownictwie, to jednak nie wszyscy są nimi zachwyceni. Przyznają, że skoro już chciano umiędzynarodowić pisownię (przykładowo) dwutlenek, to należało raczej wprowadzić określenie dioksyd (od łac. dioxide). Przecież łączenie w jednym wyrazie części polskiej i greckiej lub łacińskiej jest szczególnie niefortunne (to hybryda). Pytają nawet retorycznie: czy zmiana przedrostka dwu- na di- w nazwie dwutlenek węgla coś zmienia? Czy obcokrajowiec zobaczy różnicę, jeśli do tej pory stykał się z określeniem dwutlenek węgla, a teraz natrafi na ditlenek węgla?
Trudno się w tej sytuacji dziwić ludziom spoza branży wyjątkowo zdegustowanym pomysłem chemików (należy do nich właśnie Czytelnik „Angory”), że proponują prześmiewczo, by pójść jeszcze dalej i wszędzie tam, gdzie tylko się da, rezygnować z tradycyjnych przedrostków jedno-, dwu, -trzy- itp. Mielibyśmy odtąd drogi monokierunkowe i dikierunkowe, kończylibyśmy studia podyplomowe monoroczne i diletnie, kupowalibyśmy pojazdy mechaniczne dikołowe i tetrakołowe i żyli w mieszkaniach dipokojowych, tripokojowych, tetrapokojowych.
Żarty trzeba jednak odłożyć na bok. Ustalenia członków komisji nazewnictwa PTCh wciąż wywołują sporo wątpliwości. W podręcznikach dla szkół podstawowych, gimnazjów i liceów jedni autorzy posługują się starą nomenklaturą, inni forsują nową. Niekiedy spotyka się aż trzy różne nazwy tego samego związku chemicznego. Raz jest to ciągle dwutlenek węgla, drugi raz ditlenek węgla, a trzeci raz tlenek węgla (IV). Ten ostatni zapis to tzw. notacja Stocka, w której w nawiasie podaje się wartościowość pierwiastka. Co ma więc zrobić uczeń, jakiego użyć sformułowania, żeby nie narazić się nie tylko nauczycielowi chemii, ale także… języka polskiego? Żaden słownik ortograficzny (nawet ten najnowszy) nie notuje jeszcze pisowni ditlenek…
Kiedy obecnie proponuje się Polakom nieudane nazwy ditlenek, tritlenek, tetrachlorek, jakże tu nie przywołać dawnych określeń ze słownictwa chemicznego, które − choć niewątpliwej urody − jednak się nie przyjęły. Dziś mało kto wie, że na chlor chciano mówić słoń, soleń lub soliród (ponieważ jest otrzymywany przez elektrolizę wodnych lub stopionych roztworów soli), fosfor miał być kościeniem (gdyż jest to składnik kości), a azot – dusieniem (bo w czystym azocie nie można oddychać, z gr. azotos ‘bez życia’). Nie odrzucono jedynie nazwy tlen (od tlić się, co możliwe jest wyłącznie przy udziale tlenu) wymyślonej przez chirurga Jana Oczapowskiego. Wiele pierwiastków i związków chemicznych otrzymało za to brzmienie od potocznego określania materiałów bądź substancji, w których skład wchodziły (np. węgiel, siarka, miedź, srebro, cyna, złoto, ołów, rtęć, glin, krzem i wapń). Jak widać, nie szarżowano zbytnio…
MACIEJ MALINOWSKI