Posługiwanie się tym słowem zamiast wyprzedaż” drażni dużą część prawdziwych entuzjastów polszczyzny…

Dlaczego zezwala się na to, by w witrynach sklepów, głównie w galeriach handlowych, pojawiał się wielki napis „Sale” mający oznaczać posezonową obniżkę cen towarów?

Polska to kraj, w którym językiem urzędowym pozostaje polski, a nie angielski. Gdzie się podziała Ustawa o języku polskim i obowiązek używania rodzimych nazw? – grzmi internauta (darixxxxx@interia.pl).

Trudno nie przyznać racji korespondentowi. Ustawa o języku polskim sprzed 14 lat mówi wyraźnie, że „języka polskiego używa się w obrocie prawnym na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej pomiędzy podmiotami polskimi oraz gdy jedną ze stron jest podmiot polski. Dotyczy to w szczególności nazewnictwa towarów i usług, ofert, reklamy, instrukcji obsługi, informacji o właściwości towarów i usług, warunków gwarancji, faktur, rachunków i pokwitowań”.

Tymczasem ustawa sobie, a życie sobie…

Spora część handlowców, marketingowców i PR-owców (na szczęście nie wszyscy) do owego nakazu się nie stosuje. Wychodzą z założenia, że posługiwanie się słowem sale nie jest żadnym wykroczeniem przeciwko polszczyźnie, gdyż to taki sam internacjonalizm jak np. taxi, którego sens rozumie się na całym świecie. Dodają przy tym, że jeśli sklep w Polsce należy do dużej sieci europejskiej, słowo sale – krótkie, nośne – pozostaje obligatoryjne dla wszystkich, jest z góry narzucone przez właścicieli.

Nawiasem mówiąc – sami Anglicy i Amerykanie, mając na myśli obniżkę cen towarów, posługują się częściej określeniami sales [wym. seilz], in the sales, on sales, np. I bought this dress in the sales lub on sales (Kupiłam tę sukienkę na wyprzedaży).

Zastanówmy się, czy jest prawdą, że  k a ż d y  Polak wie, co oznacza sale, i potrafi ów #anglicyzm poprawnie wymówić ([seil], ale i brzmi jak j).

Chyba nie do końca… Przeczytałem niedawno w internecie, że pewna kobieta, ujrzawszy na szybie sklepu wielki napis Sale, weszła do środka i zapytała, czy są do wynajęcia sale i ile osób może się w nich zmieścić. Z kolei inna błędnie sądziła, że słowo Sale mówi wprost o salach, w których oferuje się towary z wyprzedaży…

Podobno najbardziej uradowani są Włosi odwiedzający nasz kraj, kiedy na każdym kroku widzą Sale Sale Sale. U nich bowiem sale to ‘sól’…

Cóż, prawdziwych miłośników polszczyzny słowo sale irytuje, jednak – okazuje się – znacznej liczbie Polaków (głównie ludziom młodym) nie przeszkadza. Spolszczyli je sobie graficznie (piszą fonetycznie ten sejl jak ten mejl), nadali mu rodzaj gramatyczny męski (choć sale znaczy ‘wyprzedaż’) i posługują się nim na co dzień bardzo chętnie.

Od pewnego czasu modne więc stało się polowanie na ciuchy podczas posezonowych sejli czy sejlów czy chwalenie się, że kupiło się tanio markowy podkoszulek bądź bluzę na sejlu lub na sejlach (w oryginale pisze się sale’i, sale’ów, sale’u, sale’ach, z apostrofem, ze względu na końcowe niewymawiane).

Niektórzy lubią rzeczownik sale jeszcze dlatego, że nie da się w nim zrobić… błędu ortograficznego w przeciwieństwie do wyprzedaży (potencjalnie można to zapisać aż na sześć sposobów: wypszedażwyprzedarz, wypżedarz, wypżedaż, wypżedasz, wyprzedasz).

Nie mam złudzeń, że jeśli wyraz sale i jego spolszczony twór sejl upowszechni się jako synonim wyprzedaży (wysprzedaży), czyli będzie go używało coraz więcej osób, wcześniej czy później trafi on do słowników (na razie go w nich nie ma).

Wydaje mi się, że napis Sale spotykany na witrynach sklepowych budziłby mniej emocji, gdyby jedynie towarzyszył słowu Wyprzedaż (Wysprzedaż) jako informacja dla obcokrajowców (jak nazwy dań w menu), czyli stał na drugim miejscu i wydrukowany był odpowiednio mniejszymi literami.

Niestety, najczęściej występuje samodzielnie (np. Sale -30%, -50%, -70%) bądź wprawdzie widnieje pod nim Wyprzedaż, ale niestety zapisana mikroskopijnym drukiem.

Dlaczego nie na odwrót?!

MACIEJ MALINOWSKI

Przewiń do góry