Owo słowo ma dzisiaj nowy sens i bywa chętnie używane przez polityków

– Duża część polityków upodobała sobie słowo „narracja”. Kiedy coś ogłaszają bądź oznajmiają z trybuny sejmowej, nie mówią, że to ich „pogląd”, „stanowisko” czy „opinia” w jakiejś sprawie, tylko że to ich „narracja”. Niewątpliwie zapanowała moda na „narrację”, a ja bym powiedział, że to raczej choroba. Niech Pan temu jakoś zaradzi, obśmieje to na łamach „Angory”, może ktoś to przeczyta i opamięta się! (e-mail nadesłany przez internautę; szczegółowe dane do wiadomości mojej i redakcji).

Trudno się nie zgodzić z sarkastycznymi uwagami czytelnika na temat wyrazu narracja. Stał się on rzeczywiście ostatnimi czasy określeniem niesłychanie modnym, chętnie używanym przez polityków, komentatorów wywodzących się ze świata naukowego, wreszcie dziennikarzy, którzy często bezkrytycznie powtarzają to, co usłyszą.

Rzecz jasna, chodzi o nowy sens słowa narracja (łac. narratio ‘opowiadanie’, od narrare ‘ opowiadać’), nienotowany w słownikach, czyli ‘opinia, stanowisko, pogląd w danej sprawie, własny punkt widzenia na jakiś temat, przekonanie o czymś, interpretacja czegoś’.

Niestety, trzeba już mówić o fakcie, czyli obecności w najnowszej polszczyźnie neosemantyzmu narracja, tzn. wyrazu w nowym znaczeniu, który wszedł do języka polityki, marketingu politycznego i mediów przez skalkowanie anglicyzmu narrative i wyrażenia narrative politics (‘polityka narracyjna’).

Ów termin nie ma na pewno nic wspólnego z narracją znaną z teorii literatury, czyli ‚ze sposobem wypowiedzi mającym na celu przedstawienie zdarzeń w określonym porządku czasowym, sztuką i techniką opowiadania, snucia fabuły’.

W narracji politycznej nie zwraca się uwagi na „początek, środek i koniec” wypowiedzi (tak jak w narracji literackiej), nie relacjonuje się punkt po punkcie tego, co się zapowiadało (np. w kampanii wyborczej), a później nie zrealizowało, nie tłumaczy tego i owego.

Takie zachowanie na mównicy byłoby nieodpowiedzialne, niekiedy wręcz szkodliwe.

Zręczny narrator polityczny kieruje wszelkie wysiłki na obrazowe przedstawienie tego, co powinno przekonać odbiorców do takiego, a nie innego spojrzenia na sprawę, która akurat bulwersuje opinię publiczną, pokazanie siły i stanowczości swojego ugrupowania na tle nieudolności partii konkurencyjnej.

Nie trzeba chyba dodawać, że owa narracja bywa nierzadko manipulacją odbiorcami, zwykłą postprawdą czy wprost kłamstwem.

Każda partia w trudnym dla siebie momencie wprowadza „system jednolitej narracji”, żeby przekaz medialny był w miarę spójny.

W jednej z gazet czytam na przykład, że Platforma Obywatelska zarzuca Prawu i Sprawiedliwości, iż

narracja tej partii dotycząca przyczyn katastrofy smoleńskiej zawiera wiele kłamstw, przeinaczeń i insynuacji.

Z kolei w innej, że

mamy do czynienia z przerażającą smoleńską narracją polityczną Platformy Obywatelskiej. Najpierw kłamano ws. pochówków zmarłych, potem przez lata trwał proces rozmydlania odpowiedzialności za katastrofę smoleńską, a obecnie obserwujemy cyniczny spektakl uderzający w działania śledczych.

W obydwu przykładach – bez straty dla przekazywanych treści – słowo narracja można było sobie darować i zastąpić wyrazami stanowisko, opinia czy wyrażeniem punkt widzenia.

Nie uczyniono tego, ponieważ politycznym nuworyszom narracja wydaje się przepustką do lepszego (czytaj: wysokiego) stylu, czymś, co dowartościowuje ich samych i to, o czym mówią. Brzmi poważnie, naukowo, wyszukanie…

Tymczasem warto sobie uświadomić, panowie narratorzy polityczni, że są użytkownicy polszczyzny przyzwyczajeni do prymarnego (literackiego) znaczenia omawianego rzeczownika i że słysząc narrację w nowym użyciu, dostają na ciele wysypki.

MACIEJ  MALINOWSKI

Przewiń do góry