Wyraz „koksiak” w znaczeniu ‚piec przystosowany do palenia koksem, w szczególności rodzaj metalowego kosza ustawianego na ulicy w czasie silnego mrozu’ jest w użyciu od dawna, odnotowują go słowniki. Mimo to dzisiaj chętnie sięga się po błędne słowo „koksownik”…

Internauta zżyma się na dziennikarzy (głównie telewizyjnych), którzy na kosze ze stalowych prętów wypełnione rozżarzonym koksem ustawiane w silne mrozy na ulicach miast mówią koksowniki zamiast koksiaki.

Nie pamięta się już powszechnie, jak w mroźne dni i noce stanu wojennego przy koksiakach grzali się żołnierze wraz z mieszkańcami miast – pisze w e-mailu czytelnik. –„Koksownikami” nazywa się w języku środowiskowym hutników piece do wypalania koksu w koksowniach, a to zasadnicza różnica…

Trudno się dziwić irytacji internauty. Słusznie upomina się on o to, że eliminuje się z polszczyzny wyraz od dawna w niej występujący, który sensownie nazywa prowizoryczny kosz stalowy z rozgrzanym koksem, i ni stąd, ni zowąd zastępuje się go niepotrzebnie określeniem nowym, w dodatku wypaczając jego sens.

Wyraz koksownik zarezerwowany jest dla hutnictwa. To inaczej odpowiednik określeń piec koksowniczy, bateria koksownicza. Bez obaw można zatem powiedzieć czy napisać koksownik, kiedy chodzi o piec służący do produkcji koksu z węgla kamiennego przez ogrzanie go bez dostępu powietrza do temperatury ok. 1200 st. C, tak samo jak wapiennik (inaczej piec wapienniczy), gdy myśli się o piecu do wypalania wapna i skał wapiennych w celu uzyskania z nich wapna palonego.

Czy jest zatem powód nazywać koksownikiem zwykły, stalowy kosz, do którego wrzuca się koks i go rozpala?

Na próżno by szukać tego wyrazu w omawianym znaczeniu w Słowniku języka polskiego PWN pod redakcją W. Doroszewskiego wydanym przed półwiekiem. Natrafiamy w nim wyłącznie na hasłokoksiak ‘piec przystosowany do palenia koksem, w szczególności rodzaj metalowego kosza ustawianego na ulicy w czasie silnego mrozu’. Koksownikiem zaś nazywa się tam ‘kogoś, kto pracuje w koksowni’ (Warszawa 1961, t. III, s. 799).

We współcześnie wydanych słownikach (np. w Wielkim słowniku poprawnej polszczyzny PWN pod redakcją Andrzeja Markowskiego, Warszawa 2004, s. 407, i w Wielkim słowniku ortograficznym PWN pod redakcją Edwarda Polańskiego, Warszawa 2006, s. 321) znajdziemy jednak słowo koksownik w dwóch definicjach: 1. ‘pracownik koksowni’, 2. ‘rodzaj pieca’.

O jaki jednak ‘rodzaj pieca’ chodzi? Z pewnością o ten w hutach stali, trudno bowiem nazywać piecem stalowy kosz stawiany w miastach w czasie silnego mrozu, do którego wrzuca koks i rozpala benzyną. Ten jest koksiakiem, i już!

Spróbujmy się zastanowić, dlaczego słowo koksiak zostaje dzisiaj wypierane przez koksownik.

Niewykluczone, że dzieje się tak dlatego, iż o tym pierwszym lwia część dziennikarzy w ogóle nie słyszała, a jeśli nawet słyszała, to wydaje się on im zbyt potoczny, gdyż kończy się przyrostkiem -ak (jak benzyniak czy baniak itp.).

Tymczasem forma koksiak jest jak najbardziej neutralna słowotwórczo i stylistycznie, tak samo jak koksiarz, czyli ‘wykwalifikowany robotnik pracujący przy piecach koksowniczych’, czy nawet koksiarnia będąca przeszło pół wieku temu normalnym synonimem wyrazu koksownia i pojawiająca się w tekstach pisanych (cytuję za słownikiem Doroszewskiego: Koksiarnie mieszczą się zwykle przy kopalniach węgla albo związane są z hutami wielkopiecowymi, ponieważ te ostatnie należą do największych odbiorców koksu hutniczego).

Na szczęście nie wszyscy dziennikarze w Polsce zachłysnęli się słowem koksownik w znaczeniu ‘kosz stalowy z rozpalonym koksem’. Na Śląsku koksiaki trzymają się mocno. Na portalu Gazeta.pl Katowice czytam, że:

W Katowicach na przystankach autobusowych i tramwajowych stanęły koksiaki, czyli piece przypominające żeliwne kosze, w których pali się koksem. Grzeją oczekujących pasażerów co roku, kiedy temperatura spada poniżej 10 st. C.

Z kolei na stronie nasze miasto.pl Zabrze:

Na przystankach autobusowych i tramwajowych w Zabrzu pojawiły się dziś rano koksiaki. Urząd Miejski ustawił 20 specjalnych koszy z żarzącym się koksem, które do złudzenia przypominają ogrzewanie podczas zimy w stanie wojennym.

MACIEJ MALINOWSKI

Przewiń do góry