Armagedon (nie: argamedon)

Zastanawiająco często przekręca się ów wyraz

– Szanowny Panie Profesorze. Dlaczego wiele osób posługuje się wyrazami obcymi, ale je przekręca? Uszy mi więdły, kiedy włączyłam pewnego razu telewizor i natrafiłam na konferencję prasową polityka Prawa i Sprawiedliwości, byłego ministra infrastruktury Andrzeja Adamczyka, mówiącego „argamedon” zamiast „armagedon” o sytuacji na polskiej kolei. Jak wiadomo, w wyniku bardzo niskiej temperatury powietrza pod koniec stycznia bieżącego roku powstały spore zakłócenia i opóźnienia w kursowaniu pociągów. To wystarczyło, by PiS nazwał to „armagedonem”, czyli kataklizmem (e-mail od internautki).

Słowo armagedon bywa niezwykle często przywoływane przez polityków w rozmaitych sytuacjach, kiedy chcą dobitnie podkreślić rzekomo katastrofalne skutki działań, za które odpowiedzialne są ugrupowania im wrogie. Niejeden złotousty mówca, opisując sytuację skrajnie negatywną, grzmi nieraz z sejmowej trybuny to był komunikacyjny armagedon, mając na myśli zakłócenia w ruchu pociągów, samochodów, samolotów, czy wystąpił finansowy armagedon, kiedy chodziło o chwilowe trudności państwa w sprawach budżetowych.

Nic więc dziwnego, że partia Prawo i Sprawiedliwość wykorzystała moment, kiedy miesiąc temu w całym kraju chwycił silny mróz i na kolei wystąpiły spore perturbacje, by bezpardonowo zaatakować rząd Donalda Tuska, a przede wszystkim ministra infrastruktury Dariusza Klimczaka.

Ministrowi dostało się od PiS-u za wszystko: za to, że kolej nie ma lepszych sposobów na usuwanie oblodzenia sieci trakcyjnej niż wykonywanie tego fizycznie; że zamarzły urządzenia sterowania ruchem i temu nie zapobieżono; że pasażerowie długie godziny siedzieli w pozbawionych ogrzewania wagonach i nie mogli dotrzeć do miejsc docelowych, gdyż pociągi stały; wreszcie że brakuje lokomotyw zastępczych wycofanych kiedyś niepotrzebnie z użytku i nienaprawianych, które w razie awarii mogły wyjechać na tor.

Wszystkie te okoliczności wystarczyły eksministrowi Andrzejowi Adamczykowi i uczestniczącemu wspólnie z nim w konferencji prasowej byłemu podwładnemu Rafałowi Weberowi, by nazwać to armagedonem.

Jak zauważyła internautka, Adamczyk, sięgając po to słowo, niefortunnie je przekręcił, zmieniając w formie armagedon kolejność sylab ma- i ge- (to tzw. metateza, czyli ‘przestawka’). I wyszedł mu argamedon, na którego niepoprawną formę zwróciło uwagę wiele osób (nie tylko czytelniczka).

Tymczasem wyrazem poprawnym jest armagedon (w znaczeniu przenośnym ‘katastrofa, chaos, totalne zniszczenie, zagłada, koniec świata’). Ów termin zapisywany małą literą ma związek z Armagedonem oddawanym w piśmie wielką liter (z hebr. Har-Magedṓn ‘góra Megiddo’).

Było to miejsce w starożytnym mieście Megiddo w Izraelu, gdzie według Apokalipsy św. Jana rozegrała się ostateczna bitwa między siłami dobra (Bóg/ Chrystus) a siłami zła (szatan). W wyniku zwycięstwa tych pierwszych nastało tysiącletnie panowanie Chrystusa (millennium), szatana zaś uwięziono w czeluści (otchłani).

Ciekawe, że Armagedon według biblijnego pierwowzoru oznaczał coś pozytywnego – czas wyzwolenia i przejścia ludzi ze świata panowania przez nich do świata zarządzanego przez Boga. Tymczasem w powszechnym odczuciu określenie armagedon upowszechniło się jako synonim kataklizmu powodującego zagładę całej ludzkości.

Z pewnością stało się tak dlatego, że Har-Magedṓn była miejscem krwawych bitew, rozlanej krwi uczestników i wszelkich spustoszeń. Według źródeł historycznych w ciągu czterech tysięcy lat pod murami starożytnego miasta Megiddo rozegrały się (i rozstrzygnęły) co najmniej 34 krwawe starcia.

MACIEJ  MALINOWSKI

odcinek nr 1260

Skomentuj

Przewijanie do góry