StartWszystkie wpisyPorady językoweZapping, czyli ‚skakanie’ po kanałach tv

Jest to nowe zapożyczenie (oczywiście z angielskiego), które powoli zyskuje zwolenników i znalazło nawet drogę do słowników, co oznacza, że językoznawcy je zaaprobowali…

Czy tego chcemy, czy nie, wchodzą do polszczyzny nowe słowa, a ja staram się to zjawisko opisywać z mniejszym lub większym powodzeniem.

Dostało mi się  ostatnio od internautki z dalekiej zagranicy, że opowiedziałem się za wyrazem T-shirt albo tiszert, albo teszert.

− Powinniśmy nadal mówić bawełniana podkoszulka albo podkoszulka. Przecież już Rej alarmował „A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają” − upomniała mnie nieco zniekształconym (i zawierającym błąd ortograficzny, wrzdy!) cytatem czytelniczka podpisująca się Abo***@aol.com.

Nawiasem mówiąc, pomyślałem sobie wówczas: czy ta pani wie, że wyraz gęsi nie jest w tym powiedzeniu rzeczownikiem, że Rej nie porównywał Polaków do gęsi?

Słowo gęsi to przecież przymiotnik dzierżawczy (jaki? gęsi), jak w wyrażeniu gęsie pióro, a cały zwrot należy rozumieć tak:

„A niech obce narody zawsze wiedzą, iż Polacy mają język nie gęsi, ale swój, że nie gęgają, tylko mówią po polsku” (piszę o tym szerzej w innym miejscu).

A jednak podkoszulek (kiedyś wyłącznie ten podkoszulek, dziś już także ta podkoszulka) to nie to samo, co T-shirt (tiszert, teszert). Kojarzy nam się raczej z trykotową lub bawełnianą koszulką, ale zwykle bez rękawów, którą nosi się pod koszulą w chłodne dni (taka definicja występuje w słownikach!), T-shirt (tiszert, teszert) zaś jest ‚podkoszulkiem z rękawami wkładanym na ciało latem’.

Jak widać, z wyrazami obcymi bywa różnie, czasem są naprawdę potrzebne…

Zapping [wym. ‚zapink] to właśnie takie jedno, nowe zapożyczenie (oczywiście z angielskiego), które powoli zyskuje zwolenników i znalazło nawet drogę do słowników, co oznacza, że językoznawcy je zaaprobowali.

Jest to ‚nawyk bezustannego zmieniania kanałów telewizyjnych za pomocą pilota w poszukiwaniu interesujących programów’.

Za wejściem tego #anglicyzmu do polszczyzny przemawia fakt, że jednym, krótkim słowem nazywa zajęcie, któremu z lubością oddają się codziennie rzesze Polaków (i nie tylko) zasiadających w fotelu bądź leżących w łóżku i oglądających telewizję.

Śmiało można by już nawet zapping zapisywać przez jedno „p” i utworzyć rodzinę wyrazów: zaping, zapingowanie, zapingować, zapingując, zapingowany itd. (mamy przykładowo bestseler).

Kto nie znał wcześniej tego rzeczownika, powinien sobie uświadomić, że w obecnych (galopujących) czasach należy być wyczulonym na wszelkie nowinki językowe, bo może się okazać, że funkcjonuje w polszczyźnie jakiś termin (w dodatku nazywający powszechnie znaną czynność), a my w ogóle o tym nie wiemy (wyjdziemy wtedy na ignorantów).

Tak więc proszę od teraz zapamiętać, że jeśli ‚przeskakują’ Państwo z jednego kanału telewizyjnego na drugi w poszukiwaniu czegoś naprawdę interesującego w telewizji publicznej bądź prywatnej, to właśnie nazywa się to zapping (niektórzy mówią pilotomania).

Manię tę (bo chyba tak to trzeba określić) zaczęto obserwować na początku lat 80. w USA. Od dawna znano wprawdzie urządzenia wykorzystujące fale radiowe lub podczerwień, ale kiedy w końcu ktoś wpadł na pomysł, żeby skonstruować pilota telewizyjnego i miliardom ludzi na świecie ułatwić życie (bo jak tu co chwila podchodzić do odbiornika i wciskać przycisk!), stało się.

Telewidzowie przeistoczyli się w prawdziwych niewolników zappingu (jedni mniej, inni bardziej).

Znawcy zachowań ludzkich twierdzą, że zappingujemy przeważnie wtedy, gdy w stacjach komercyjnych przerywane są (na bloki reklamowe) emisje filmów, programów rozrywkowych czy teleturniejów. Co tu kryć, elektronika zmieniła nasze życie.

Wynalezienie pilota, pozwalające na włączanie i wyłączanie telewizora, magnetowidu czy odtwarzacza DVD, regulację obrazu, koloru i dźwięku oraz zmienianie programów, przewijanie taśmy bądź ustawianie nagrania CD bez opuszczania fotela albo łóżka, należy z pewnością uznać za coś wyjątkowego.

Ileż to bowiem tracimy nerwów, kiedy nagle pilot odmówi posłuszeństwa albo gdzieś się zawieruszy! Toż to dramat, prawdziwy koniec świata. Nie chodzi już o zapping, ale w ogóle o to, że musimy wstać, podejść do odbiornika i fizycznie wcisnąć guzik „out” lub „in”.

Tak więc pilot w ręku to skarb. Ktoś wymyślił nawet powiedzenie, że dziś w domu faktyczną władzę sprawuje ten, kto wieczorem… ma w ręku pilota od telewizora!

Taki jegomość (najczęściej mąż albo ojciec) to samozwańczy realizator, który decyduje o tym, co domownicy mają oglądać w danej chwili. Zdarza się jednak, że i on sam, śledząc coś w jednej stacji, nie chce przeoczyć czegoś ciekawego w innej, więc ‚skacze’ sobie po kanałach. Byłem świadkiem niejednej kłótni rodzinnej z powodu… zappingu!

Dodam na koniec, że wyróżnia się trzy rodzaje zappingu:

zipping [wym. zipink], czyli ‚przesuwanie w przyspieszonym tempie taśmy w magnetowidzie, by uniknąć oglądania reklam’ (w nowszych magnetowidach znajduje się urządzenie zatrzymujące jego pracę w momencie, gdy nadawane są reklamy i uruchamiające go ponownie po zakończeniu ich emisji);

flipping [wym. flipink], tzn. ‚zmienianie kanałów w trakcie trwania jakiegoś programu’,

i switching [wym. suiczink], inaczej ‚zmiana kanału podyktowana chęcią obejrzenia wcześniej wybranego programu’.

Tak więc jeśli dziś wieczorem znowu oddawać się będą Państwo swojemu ulubionemu zajęciu z użyciem pilota (od telewizora, magnetowidu, DVD), proszę mieć na uwadze to, że chodzi o zapping, zipping, flipping, switching.

MACIEJ MALINOWSKI

Przewiń do góry