StartWszystkie wpisyPorady językoweJózef kardynał Glemp

Współcześnie słowo „hrabia” czy „książę” włożone między imię i nazwisko razi poczucie językowe wielu Polaków. Ale w oficjalnych tekstach kościelnych formuły z nazwą godności w środku utrzymywane są od wieków

Internautę podpisującego się (ke******3@mediclub.pl) denerwują konstrukcje typu Aleksander hrabia Fredro, Wojciech hrabia Dzieduszycki, Adam Karol książę Czartoryski, a więc takie, w których między imieniem (bądź imionami) a  nazwiskiem umieszczona została nazwa godności, tytułu.

  • Kiedy w Niemczech w 1919 r. zniesiono tytuły arystokratyczne – pisze czytelnik – stały się one częścią nazwiska rodowego (w Austrii znikły zupełnie). I tak zamiast Freiherr Werner von Braun stosuje się szyk Werner Freiherr von Braun (Werner baron von Braun), a zamiast Graf Anton von Magnis pisze się Anton Graf von Magnis (Antoni hrabia Magnis). Wskutek snobizmu czy też mody ową niepoprawną i niezgodną z duchem języka polskiego konstrukcję zaczęto naśladować u nas…

Zacznijmy od tego, że owo umieszczanie między imieniem a nazwiskiem członu  książę, hrabia, margrabia, baron, markiz, kardynał  itp. było w dawnych stuleciach powszechne. W taki sposób mówiono, ale przede wszystkim podpisywano się w oficjalnych dokumentach. Ale czy był jakiś powód przemawiający za takim, a nie innym szykiem?

Hmm…, odpowiedź nie wydaje się prosta, można jedynie domniemywać. Być może chodziło o to, żeby nazwę godności (stanowiska, funkcji) specjalnie podkreślać przy przedstawianiu jakiejś osobistości albo wyraźnie usłyszeć to przy powitaniu: Szanowni Państwo. Oto pan Aleksander  hrabia  Fredro; Przybył Adam  książę  Czartoryski; Powitajmy Aleksandra  margrabiego Wielopolskiego. Formy hrabia, książę czy margrabia wypowiedziane przed imieniem nierzadko mogłyby ujść czyjejś uwagi…

Oczywiście, dziś taki sposób tytułowania kogoś czy przedstawiania się słusznie jest przyjmowany jako nienaturalny. Przyzwyczailiśmy się do formuły zbudowanej według kolejności tytuł (godność, stanowisko), imię, nazwisko, czyli profesor Jan Miodek, doktor Marek Migalski, biskup Tadeusz Pieronek, a także kardynał Stanisław Dziwisz czy papież Benedykt XVI. Tak mówimy i piszemy na co dzień i uznajemy to za rzecz oczywistą.

Jednak jest pewien wyjątek. Otóż na szyk z nazwą godności czy tytułu ważnej osobistości właśnie między imieniem i nazwiskiem wciąż można natrafić w tekstach kościelnych, w podpisach wszelkiego typu używanych tam dokumentów. W Kościele katolickim to po prostu wielowiekowa tradycja podtrzymywana do dziś.

Proszę sprawdzić – w oficjalnych pismach, w nagłówkach do adresatów bądź w podpisach, widnieją konstrukcje: Józef kardynał Glemp, prymas Polski; Stanisław kardynał Dziwisz; metropolita krakowski; Benedykt XI, papież. Kiedy przed laty papież Paweł VI pisał do prymasa Polski, zatytułował list słowami:„Do Ukochanego Syna Naszego Stefana  Kardynała  Wyszyńskiego, Arcybiskupa Warszawskiego” (a nie: …Kardynała Stefana Wyszyńskiego). Wszyscy pamiętamy wspaniały moment, kiedy to 16 października 1978 r. kardynał Felici ogłosił światu pewną wiadomość. Powiedział tak: Habemus Papam! Dominum Carolum, Sanctae Romanae Ecclesiae  cardinalem  Wojtyla ‒ Mamy Papieża Karola, Świętego Rzymskiego Kościoła Kardynała Wojtyłę. On także, jak widać, słowo kardynał włożył między człony Karol i Wojtyła.

Daje się to uzasadnić. Otóż w Kościele katolickim nie nazwisko, lecz imię od niepamiętnych czasów uważano za ważniejsze (zwraca na to uwagę prof. Jan Miodek, Odpowiednie dać rzeczy słowo, Warszawa 1987). Kościół do dziś podtrzymuje tradycję „pierwszości” imienia. Jest ono historycznie formą genetyczną, oznaczającą człowieka, jednak w Kościele nadaje mu się rangę specjalną. Dla duchownych, którzy po święceniach przyjmują nowe imię zakonne i nim się głównie (a nie nazwiskiem), posługują (np. o. Korneliusz, o. Cyprian, o. Dominik), istotniejsze jest to, że prymasem Polski został Józef, metropolitą Stanisław, a papieżem Jan Paweł II. Dlatego właśnie w terminologii kościelnej imię obowiązkowo stoi na pierwszym miejscu, a godność i nazwisko (choć równie ważne, szczególnie ta pierwsza) to niejako elementy dodatkowe, uzupełniające.

Czy dzisiaj warto ową oficjalną (powtarzam: oficjalną, bo na co dzień duchowni też mówią kardynał Józef Glemp, kardynał Stanisław Dziwisz) formułę Kościoła powielać i przenosić na grunt cywilny? Chyba nie. Połączenia przytoczone przez internautę na wstępie: Aleksander hrabia Fredro, Adam Karol książę Czartoryski, Wojciech hrabia Dzieduszycki i inne, mimo że znane i stosowane przed wiekami także poza Kościołem, drażnią poczucie językowe wielu współcześnie żyjących Polaków.

 MACIEJ MALINOWSKI

Przewiń do góry